Na własnej skórze Wyzwania

Galdhøpiggen – jak zdobyć najwyższy szczyt Norwegii i Skandynawii

Autor:
opublikowano
3 sierpnia 2018

Trekking  na Galdhøpiggen, czyli najwyższą górę Norwegii należy do tych z gatunku łatwych, ale z przygodami, bo wybrałem z przyjaciółmi wersję z przejściem przez lodowiec. Trudność polega na tym, że musisz przygotować się niemal na każdą pogodę: od upału po śnieżycę nawet latem. Stanąć na dachu Skandynawii, to jakby wejść do siedziby olbrzymów z nordyckich sag.

Galdhøpiggen szczyt norwegia Paweł Kempa tusalwy

Galdhøpiggen 2469m to ten szczyt po prawej.

Żeby wejść na najwyższy szczyt Norwegii nie musisz mieć umiejętności Kingi Baranowskiej i Adama Bieleckiego – wystarczy dobra kondycja. Ale żeby zobaczyć niesamowitą panoramę z Galdhøpiggen (2469m) obejmującą góry Jotunheimen i 35 tys km kwadratowych, czyli 10% Norwegii, musisz mieć trochę szczęścia. Pogoda, w tym największym masywie górskim północnej Europy zwanym „Domem Olbrzymów”, bo tak określił je te lokalny poeta Aasmund Olavsson Vinje, bywa bowiem kapryśne jak gniew nordyckich bogów. Według wierzeń wikingów,  te surowe góry zamieszkiwały mityczne olbrzymy, z którymi nordyccy bogowie prowadzili nieustanne wojny. Uzbrojony w smartfona z najlepszą prognozą pogody ze strony yr.no  i trekkingowy sprzęt, wedle norweskiego powiedzenia, że nie ma złej pogody, tylko źle dobrany stój, ruszyłem z przyjaciółmi do krainy olbrzymów, troli i reniferów.

Tani lot do Norwegii  i ludzik gigant z Lillehammar

O świcie otwieram okno małego, drewnianego domku zwanego tu hytte – a mówi się na niego po prostu hytka. Do pokoju wpada rześkie powietrze. Jest połowa sierpnia. Końcówka krótkiego, norweskiego lata. Widzę pas mgły snujący się przez dolinę i dotykający stóp zarysu gigantycznego człowieka niosącego pochodnię na zboczach góry. Postać przypominającą naskalne malowidła wycięto przed zimowymi igrzyskami w Lillehammer w 1994 r. Teraz lokalne władze muszą karczować las, bo intensywnie zarastają mu nogi i ręce. Jestem w Haflell, małej wiosce słynącej zimą ze świetnych tras narciarskich, gdzie zanocowałem po podróży z Oslo i wcześniejszym locie tanimi liniami – środek wakacji, a bilety były za 400 zł tam i z powrotem. Niedaleko Haflell jest Lillehammar i muzeum igrzysk. Niesamowite, że to małe miasteczko, przypominające raczej wioskę, gościło tak potężną imprezę. Nie ma nic z przepychu Soczi. Ładnie, ale skromnie. Razem Łukaszem i Kasią, moimi serdecznymi przyjaciółmi, którzy mieszkają w Norwegii już prawie 20 lat, jedziemy dalej autem na północny zachód w kierunku Jotunheimen, gdzie leży szczyt Galdhøpiggen.

Norwegia Hafjell Norge Pawel kempa tusalwy

Hafjell. Mieszkałem w domku przy wyciągu narciarskim. Minęło tyle lat od olimpiady w Lillehammar, a ludzik nie zarósł krzakami.

Jesteś w najbogatszym kraju świata – ciesz się!

Utykamy w korku przez roboty drogowe. W radiu głos spikera mówi dźwięcznym głosem  „witajcie słuchacze najbogatszego i najszczęśliwszego kraju świata”. Norwegowie niby tacy skromni, nie afiszują się bogactwem, choć mieszkają w drewnianych domkach o wartości 5 milionów złotych, a tu proszę, propaganda sukcesu jak w Korei Północnej. Łukasz  uśmiecha się i dodaje z przekąsem – „tak… najbogatszym, a autostrad jakoś nie robią”. Faktycznie wąska, główna droga przypomina ledwie naszą wyremontowaną  powiatową. Trzeba do tego bardzo przestrzegać ograniczeń prędkości, bo nie tylko w górach „Domu Olbrzymów” mandaty są tu olbrzymie. Jedziemy więc wolno. Spiker nie dodał tylko wcześniej „witajcie w najpiękniejszym kraju”. Wiele osób będzie tu polemizować, który kraj w Europie jest najpiękniejszy, ale za oknem zmieniający się krajobraz gór i jezior robi oszałamiające wrażenie. Docieramy do Jotunheimen.

Norwegia Norge Jotunheimen Pawel Kempa tusalwy

Wąska droga do gór Jotunheimen

Biwakowanie na dziko w Norwegii. Niedźwiedź w krzakach?

Latem miasteczko Lom tętni życiem. Stąd odchodzi droga do popularnego fiordu Geiranger i szlaki w góry Jotunheimen. W centrum są sklepy spożywcze, apteka, poczta, kemping, przystanek autobusowy na którym zatrzymują się wygodne busy Nor-Way (4 kursy dziennie na trasie Oslo – Lom, podróż trwa około 6 godzin). Uliczkami przewija się mieszanka piknikowych turystów w szortach i obwieszonych sprzętem, zarośniętych i przykurzonych trekkerów. W Lom warto zobaczyć drewniany kościół typu stav z XII w. (Lom Stavkirke, wstęp 50 NOK). Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć mamuta – bardzo proszę. Znajdziesz go w Norsk Fjellmuseum (Norweskie Muzeum górskie) w budynku informacji turystycznej (wstęp 50 NOK). Nad jeziorem z widokiem na skansen można rozbić namiot na kempingu, ale my za punkt honoru postanawiamy znaleźć nocleg na dziko. W Norwegii to całkiem legalne, pod warunkiem, że namiot rozstawi się minimum 100 m od prywatnej posesji i nie dłużej niż na 48 godzin. Biwakować można nawet w parkach narodowych, pod warunkiem, że miejsce zostawi się w takim samym stanie, jak się je zastało. Norwegowie korzystają z tego prawa, a jakże, ale przy tym szanują naturę. Choć częściej wybierają jednak pola namiotowe, bo możliwość wzięcia ciepłego prysznica jest bardziej kusząca niż opcja survivalowa i kąpanie się w strumieniu.  Okazuje się jednak, że znalezienie w okolicy miejsca na biwak nie takie łatwe. Przejechaliśmy już sporo za Lom wzdłuż doliny rzeki Bøver i nic: skały, chaszcze, krzaczory. W końcu skręcamy w gruntową drogę i jest. Polana nad rzeką. Nikogo w zasięgu wzroku. Miejsce wydaje się dziewicze. Rozbijamy namiot, rozpalamy małe ognisko, choć mokre drewno słabo pali się. Wieczorem Kasia opowiada, o swoim pierwszym wejściu na Galdhøpiggen z grupą ludzi z pracy, zaprawionych trekkerów. Zdobywali szczyt przy bardzo złej pogodzie. Szli dosłownie na czworakach, wczepiając się skały na grani – tak wiało i zacinał do tego deszcz. Walczyli o przetrwanie. Kiedyś potężna wichura zdmuchnęła drewniany schron u jej podnóża zanim powstał kamienny. Olbrzymy i nordyccy bogowie, czy co tam mieszka na szczycie, w połączeniu z frontem atmosferycznym, mogą pokazać swoje zęby i groźne oblicze nawet latem. No, nie podbudowuje nas tą historią. Ale mamy dobry sprzęt, zapas jedzenia, doświadczenie.

Zasypiamy w ciepłych śpiworach, bo mimo lata, nad rzeką robi się bardzo chłodno. Nagle w krzakach za namiotem coś zaczyna hałasować.  –  Niedźwiedź? – rzuca złowrogo brzmiące pytanie Łukasz. Całe jedzenie przezornie schowaliśmy do samochodu. Potem cisza… i znów buszowanie. Nie mieliśmy broni palnej, a jedyną bronią był nóż typu finka. Na norweskiego niedźwiedzia za mało. Nikt nie wystawił nosa z namiotu. Rano nasz groźny niedźwiedź okazał się… krową, norweską mućką,  zbiegłą z jakiegoś gospodarstwa i pasącą się na soczystej trawie przy rzece.

Norwegia Norge Jotunheimen biwak Pawel Kempa tusalwy

Zupełnie legalny biwak na dziko nad rzeką Bøver.

Norwegia Norge Jotunheimen biwak Pawel Kempa tusalwy

Jak pokonać lodowiec Styggebrean

Na szczyt Galdhøpiggen prowadzą dwa szlaki: ze schroniska Juvasshytta na wysokości 1841 m  i z drugiej strony góry ze Spiterstulen w dolinie Visdalen, nad rzeką Visą, ze startem na 1104 m. Pokonanie każdego z ich zajmuje około 6-7 godzin (około 4 godz. w górę i 2 w dół). Każdy z nich ma swoje plusy i minusy. Szlak z Juvasshytta prowadzi przez lodowiec Styggebrean i wymaga asekuracji w postaci liny, uprzęży i czasem założenia raków, ale za to trzeba pokonać mniej w pionie. Trasa z Spiterstulen wiedzie skalną ścieżką, miejscami przez płaty śniegu zalegające tam nawet latem, ale nie ma lodowca. Wymaga więcej wysiłku i wdrapania się na kilka pośrednich szczytów o łącznym przewyższeniu 1365 m na długości 6 km. Kusi nas przejście przez lodowiec. Wybieramy więc wariant przez Juvasshytta. Nasze Volvo dzielnie wspina się po najwyżej położonej drodze asfaltowej w Norwegii. Płacimy 70 NOK za przejazd. Od 1000 m n.p.m. nie ma już lasu, a karłowate brzozy i zarośla ustępują miejsca skałom. W ciągu godziny z upalnego lata zrobiła się zima. W oddali widzę renifery przemierzające leniwie śnieżne pola. Przed najwyżej położonym schroniskiem w całej Skandynawii zgromadził się już kilka osób. Przejście przez lodowiec zaleca się towarzystwie doświadczonych, lokalnych przewodników. Oczywiście obeznani z górskimi technikami asekuracyjnymi mogą iść sami. Trzeba pamiętać, że lodowiec cały czas przemieszcza się, żyje swoim tajemniczym podskórnym życiem. Nawet, kiedy pozornie wygląda niewinnie jak śpiące dziecko w kołysce, może okazać się groźny, szczególnie latem, kiedy odsłaniają się szczeliny.

Nie mamy liny więc decydujemy się skorzystać z pomocy lodowych przewodników. Obserwuję jak starszym i młodszym norwegom przewodnik wyjaśnia zasady poruszania się po lodowcu: odstępy co kilka metrów, kontrola liny, która nie może szorować po ziemi. Górska edukacja w czystej postaci: od spraw fundamentalnych do przyziemnych, jak konieczność załatwienia potrzeb fizjologicznych teraz, bo po drodze nie ma toalet – nawet w schronie przez szczytem. Ludzie mają niezły sprzęt, choć niekoniecznie najnowszy: solidne buty za kostkę, plecaki z prowiantem, kurtki, czapki, okulary. Piknikowych turystów, w stylu tych zalewających polskie góry w przysłowiowych  klapkach i szpilkach, nie ma tu wcale. Ruszamy.

Norwegia Norge Jotunheimen-lodowiec-na-Galdhøpiggen Pawel Kempa tusalwy

Szlak z Juvasshytta prowadzi przez lodowiec Styggebrean. Wygląda niewinnie, ale trzeb mieś linę i uprząż do asekuracji. Licho i trole nie śpią.

Galdhøpiggen grań norwegia Paweł Kempa tusalwy

Bardzo przyjemna grań przed szczytem. Było na luzie, ale Kasia opowiadała, że kiedyś jak wchodziła, to niemal walczyli o życie, tak wiało i zacinał śnieg.

Jestem na dachu Skandynawii!

Wejście na Galdhøpiggen popularnymi szlakami uważa się za łatwe i przyjemne, choć wymagające dobrej kondycji. Z drugiej strony położenie Jotunheimen na północy Europy powoduje, że panują tu warunki jak w Alpach na wysokości 3500 do 4000 m. Na szczęście po dopisuje pogoda. Mijam z grupą trekkerów jezioro polodowcowe Juvvatnet i letnią stację narciarską – jak wszystko „naj” w tym regionie, ona również jest najwyżej położoną stacją w Norwegii, co ciekawe, działającą od maja do października. Przechodzę obok pomnika górskiego przewodnika Knuta O. Vole, który upowszechnił wejścia na ten szczyt i w 1888 r. wybudował pierwsze, proste schronisko pod szczytem. Przez lodowcem Styggebrean przewodnicy pomagają związać się liną. Jest tak ciepło, że ściągają koszulki. Wszyscy idą krok za krokiem, posłusznie i bez szemrania po lekko rozmiękłym firnie, utrzymując równe tempo. Jego przejście zajmuje około godzinę. Docieram do skalnego grzbietu. Trzeba pokonać skalne bloki, ale to raczej zabawa wspinaczkowa. Rozmawiam z przewodnikiem Arve i pytam ile razy był już na szczycie? Mówi, że około 150 i do 2000 wejść legendarnego Knuta O. Vole jeszcze mu sporo brakuje. Przed samym szczytem czeka dość ostre podejście po rozmarzającym już mocno śniegu. Mijam kamienne schronisko, gdzie chronią się turyści w razie niepogody. Działa Wi-Fi, choć nie ma toalety. Można spokojnie jeść swój prowiant lub kupić hot-doga za równowartość 40 zł. My jednak z Łukaszem wyciągamy maszynkę gazową i gotujemy wodę na liofilizat. 2469 m – wyżej  obiadu w Norwegii nie można zjeść. Delektujemy się jednak widokiem, bo liofil smakuje jak sandały Trola.

Podchodzi do nas przewodnik Arve i mówi, że przejrzystość powietrza jak dzisiejszego dnia, to rzadkość na Galdhøpiggen, bo zwykle kłębią się tu chmury. Widok jest imponujący:  białe lodowce leżą otoczone czarnym wieńcem skalnych kotłów. 10% Norwegii jak na dłoni. Jeszcze 100 lat temu leżał na szczycie wieczny śnieg. Dziś stąpamy po kamieniach. Przez długi czas za najwyższy szczyt Norwegii uważano Snøhetta (2286 m) w Dovrefjell, potem pomiary geodezyjne wskazały, że góruje nad wszystkimi Glittertind: 2472 m. Okazało się jednak, że zmierzono go razem z lodową czapą, która faktycznie wynosiła go na chwilowo na pierwsze miejsce. Jednak kurczący się już mocno pod koniec XIX wieku lodowiec stopniał na tyle, że obecnie za wysokość Glittertind przyjmuje się 2464 m (skała sięga 2452 m). Giganci musieli jednak spać tego dnia i nie brali się za łby, bo zaserwowali nam słońce. Po drodze na dół uczymy się wypowiadać trudne nazwy norweskich szczytów. Dobrze, że nie wspinamy się na Islandii, bo do opanowania byłby nazwa wulkanu Eyjafjallajökull.

Galdhøpiggen szczyt norwegia Paweł Kempa tusalwy

Galdhøpiggen 2469m – wyżej w Skandynawii się nie da. No i wielki fuks z pogodą, bo taka widoczność w krainie troli to rzadkość. Dzięki Łukasz za wspólne wejście!

Panorama ze szczytu Galdhøpiggen. Oj, cała Norwegia i jej wszystkie trole u stóp!

Informacje praktyczne

Galdhøpiggen – jak wejść na najwyższy szczyt Norwegii?

Kiedy:

Sezon turystyczny trwa od końca maja do 1 października – wtedy organizowane są wejścia z przewodnikami górskimi, którzy asekurują podczas przejścia przez lodowiec Styggebrean.

Czas, przewodnik i droga na Galdhøpiggen:

Droga tam i z powrotem zajmuje około 6-7 godzin w zależności od pogody i kondycji.
Start z Juvasshytta o godzinie 10. Asekuracja przewodnika w grupie kilku osób kosztuje 250 NOK za osobę. Z własną asekuracją mogą iść tylko osoby posiadające sprzęt i doświadczenie górskie w pokonywaniu lodowców. W terminie od 10 lipca do 12 sierpnia, czyli szczycie sezonu, kolejna grupa staruje o 11.30. Od strony schroniska Spiterstulen wchodzi się samodzielnie, ponieważ nie ma lodowca, ale trasa wymaga większej kondycji.

Norweskie szlaki:

W Norwegii szlaki oznakowane są czerwoną farbą z charakterystyczną literą T. Latem do schronisk Juvasshytta i Spiterstulen z miasteczka Lom kursują 2 autobusy. Przejazd drogą prywatnym autem kosztuje 70 NOK (trzeba mieć monety do automatu otwierającego szlaban zwanego przez Norwegów „bom” ).

Sprzęt na trekking w Norwegii:

Podstawa to dobry sprzęt trekkingowy: nieprzemakalne buty z protektorem do chodzenia po śniegu, kurtka z membraną i kapturem, bluza typu polar, bielizna – najlepiej z wełny merynosów, czapka, rękawiczki (mimo lata temperatura może spaść do kilku stopni). Warto też wziąć i założyć na podejście stuptuty. Przydadzą się dobre okulary przeciwsłoneczne i krem z filtrem. Do tego zapas wody, ciepła herbata w termosie lub mała maszynka do gotowania, żeby zalać liofilizowany posiłek.

Ceny noclegów:

Najwyższy sezon trwa od początku lipca do połowy sierpnia – wtedy ceny są największe. Rozbicie namiotu na kempingu w Lom kosztuje około 200 NOK za noc.  Mały drewniany domek na kempingu: 360 NOK za 2 os. W schronisku Spiterstulen (spiterstulen.no) cena za pokój 2 os ze spaniem we własnych śpiworach to 360 NOK, śniadanie 160 NOK za os. Koło schroniska można rozbić namiot za kilkadziesiąt koron. Łącznie cena za przejazd drogą autem, parking, rozbicie namiotu i pobyt kilku osób to koszt 250 zł. W Juvasshytta (juvasshytta.no) ceny od 440 NOK ze śniadaniem za osobę w pokoju 2 do 5 os. Można biwakować na dziko 100 m od prywatnej posesji i nie dłużej niż 48 godzin, ale uwaga na renifery – mogą zjeść namiot, lubią szczególnie te zielone-maskujące.

Norwegia Norge Jotunheimen renifery Pawel Kempa tusalwy

Renifery chłodziły się na śniegu. Tego dnia w połowie sierpnia był upał nawet powyżej 2000 m.

Artykuł pt. „Galdhøpiggen. Na dachu Skandynawii” mojego autorstwa ukazał się w numerze 08.2017 National Geographic Traveler.
Wersja na blogu prezentuje cały tekst, bez skrótów redakcyjnych.

TAGS
WPISY POWIĄZANE
2 komentarze
  1. Odpowiedz

    Alek k.

    14 września 2018

    Świetny tekst. Znów wszystko stanęło mi przed oczami. Byłem na Galdhopiggen, ale nie miałem tak fantastycznej pogody. Pozytywne zazdro! 3majcie sie lwy!

    • Odpowiedz

      Paweł Kempa

      14 września 2018

      Faktycznie udało się z pogodą, ale wiem, że ta potrafi być na Dachu Skandynawii kapryśna, a niewinna „górka” w czasie dobrej pogody potraf rzucić na kolana i trzymać długo w tej niewygodnej pozycji:) Najlepszego Alek!

Leave a Reply to Paweł Kempa / Cancel Reply

Paweł Kempa
Polska

Pamiętam jak marzyłem, żeby zobaczyć lwy w Nogongoro. Moimi idolami z dzieciństwa byli Tony Halik i Sir David Attenborough. Wodziłem palcem po mapach zapewne tak, jak oni. Zostałem dziennikarzem z żyłką podróżniczą. Współpracuję z National Geographic Traveler. Przez 5 lat tworzyłem w Men’s Health dział „Wyzwania”, a sporty ekstremalne testowałem na własnej skórze. Lubię ostrą kuchnię tajską, norweskie lodowce i zapach afrykańskiego buszu o poranku. Z żoną i rocznym dzieckiem ruszyłem przez Indonezję, Malezję i Tajlandię, gdzie zostałem zainfekowany nieuleczalnym wirusem podróżowania we troje. Pewnego dnia spojrzałem prosto w oczy lwicy w Ngorongoro.

O blogu

Na blogu Tu są lwy ruszasz ze mną w podróż. Zamieściłem tu przygody, patenty, opisałem miejsca i wyzwania, których doświadczyłem na własnej skórze. Bo każdy ma swój Everest i każdy ma swoje „lwy” do odkrycia – czasem za płotem, czasem na końcu świata. Nazwa Tu są lwy nawiązuje do łacińskiego zapisu „Hic sunt leones”. W ten sposób oznaczano na antycznych mapach tereny dzikie, nieznane kartografom. Tą odkrytą wiedzą, ale – co najważniejsze – emocjami dzielę się tu z Tobą.

Lwy polują na zdjęcia
Lwy polecają: